Mój pierwszy prac-sen za mną.
Prac-koledzy byli chujami i oszustami, jak na bankowców przystało. Natomiast główną rolę odegrał kolega z biurka obok, Janek. Przyśnił mi się TAK BARDZO jednoznacznie, że autentycznie zmartwiłam się tym, jak ja wytrzymam 8h zaraz obok niego. I jak bardzo w związku z tym zaspamuję prac-skrzynkę Diablicy.
Po czym Janek pojawił się w pracy strasznie ciężko niewyspany, bo zdecydowanie za późno położył się spać.
"No RACZEJ, że za późno usnąłeś, skoro przez pół nocy TAK się wykazywałeś!", zawył mój mózg. I tak oto prac-dzień spędziłam na powstrzymywaniu się od dzikiego rechotu w klawiaturę. Było ciężko.
Za mną też moja pierwsza wypłata.
Którą jestem nieziemsko zachwycona, bo oto zdążyłam już dołożyć się do rodzinnych rachunków, oddać dług Diablicy, kupić bilet na koncert Finntrolla, zapłacić rachunek za komórkę, opłacić kontynuację e-learningu ze szwedzkiego, kupić zapas grzałek do e-fajka, zrobić mini-zakupy odzieżowe w Carrefourze I DALEJ MAM PIENIĄDZE. W dodatku bardzo porównywalną kwotę do tej, którą miesięcznie zarabiałam zapierdalając na kasie i w Mamucie w trakcie studiów.
W dodatku stworzone przeze mnie odpowiednie tabelki twierdzą, że przy odpowiednio mało ekstrawaganckich wydatkach (właśnie nazwałam folkmetalowy koncert mało ekstrawaganckim wydatkiem, TRZYMAJTA MJE) do grudnia będę w stanie oszczędzić TAKĄ ilość pieniążka, że z palcem w dupie będę mogła pojechać na koncert Lordiego do Krakowa i napierdolić się jak świnka! SOOO TOTALLY AWESOME!
Tymczasem wracając do przyszłotygodniowego koncertu fińskich trolli.
Plan był taki, że z Diablicą leziem razem, bawim się razem, a po koncertach urządzim równie żenujące dla otoczenia after party, co po Korpiklaani, jeno nie przejmując się dniem następnym, bo miałybyśmy gotowy kac-urlop.
I CHUJ.
Ja urlop dostałam, Diablica - nie. Awaryjna Elżbietka nie będzie mogła mi towarzyszyć, bo jest zbyt spłukana na taką imprezę. Awaryjna siostra Diablicy choćby chciała, to nie wyrwie się z roboty. Brak innego awaryjnego znajomego towarzystwa. Zatem w środę ląduję w klubie sama, samiuteńka.
JA SAMA, A WKOŁO SAMI PRZYSTOJNI PANOWIE I ZESPOŁY LUBIĄCE INTEGRACJĘ ZE SWOIMI FANAMI, DŻIZAS KRAJST, MOJE LĘKI WŁAŚNIE DOSTAJĄ SWOICH LĘKÓW.
Dobra, ja rozumiem, skoro już ląduję na koncercie jednej z moich ukochanych kapel, to powinnam być zadowolona jak sam skurwysyn, ale, kurwa no, nie potrafię się tym faktem cieszyć, bo nie umiem bawić się sama, nie umiem bawić się w tłumie obcych, nie umiem zintegrować się z tymi obcymi, NIE UMIEM, DO CHUJA WACŁAWA.
Dlatego też sram pod siebie. Przed wejściem do klubu będę musiała szczelić sobie coś mocniejszego tylko po to, żeby uspokoić nerwy. DRAMAT.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz