Okazuje się, że o wiele lepiej się czuję, jeśli nie duszę w sobie żadnych emocji. To duża nowość dla mnie. Przez tyle lat byłam przyzwyczajona do gromadzenia w sobie wszelkich zgryzot, że jestem wręcz zaskoczona faktem, jak bardzo uspokajam się, gdy je wreszcie z siebie wypuszczę.
Kiedy powiedziałam Mańkowi, co myślę o naszym związku i kiedy wreszcie z nim zerwałam, poczułam, że wreszcie odzyskuję taką równowagę psychiczną, jakiej nie miałam od dawna. W dodatku nawet moje otoczenie to odczuło. Serio, nie zapomnę tego dnia, kiedy Diablica mi wyznała, że jestem o wiele bardziej zrelaksowana od kiedy posłałam Mańka w diabły. Strasznie miło mi się wtedy zrobiło.
No a obecnie ta historia z Ponurym. Od weekendu spędzonego u niego codziennie walczyłam z własnymi emocjami, codziennie czułam w sobie męczący ucisk. Który zelżał momentalnie, kiedy szczerze mu wyznałam, co do niego czuję. Już mniejsza o jego reakcję, bardziej jestem zadowolona z tego, że znowu odzyskałam wewnętrzny spokój. Znowu mogę się cieszyć przejrzystością umysłu niezmąconą żadnymi niewygodnymi emocjami.
Najwyraźniej więc muszę częściej zapoznawać ludzi z moją niewygodną awkward szczerością. Pewnie nie wszystkim się ona spodoba, ale to już nie moje zmartwienie. Jestem na całkiem niezłej drodze do życia w zgodzie ze samą sobą i nikt mi nie będzie tego odbierał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz