30 września 2014

W ramach przypomnienia tego, co do tej pory tutaj porabiałam przejrzałam swoje stare wpisy. Mujborze, ile kiedyś było we mnie entuzjazmu! A teraz? Mało co potrafi sprawić, że po staremu będę jarać się niczym norweskie kościoły, a jeśli już czemuś się uda to jeno na chwilę.

Marcowy koncert Devina Townsenda w Warszawie? "BRILLIANT, JADĘ!" w parę dni zmieniło się w "meh, Warszawa, nie chce mi się". Dwie reklamówki włóczek w intrygujących kolorach? Nie chce mi się ich tykać, od kiedy schowałam je do szuflady.

Od jutra październik, w którym mam zaplanowane parę ciekawych rzeczy. Prawdę mówiąc, na żadną nie umiem wykrzesać z siebie choćby odrobiny radości.

W czwartek koncert paru ciekawych kapel pod szyldem Folkowa Jesień. Jeszcze w sierpniu stwierdziliśmy ze Sjomanem, że brzmi to to ciekawie i warto będzie się wybrać. Od tamtego czasu skonstruowała się nawet mini ekipa, w skład której co prawda nie wchodzi Sjoman, ale wybieram się z Elżunią oraz Diabelską Parą. Dun będzie w celach zawodowych, więc spodziewam się naprawdę dobrych zdjęć koncertowych. Tylko że mi się nie chce.

W piątek funduję sobie spóźniony prezent urodzinowy pod postacią pierwszego tatuażu. Crack on the wall in Amy's bedroom przyozdobi moją bliznę po wyrostku. Opisywanie mojej wizji ludziom ze studia było bezcenne, takie klasyczne whovian vs non-whovians. Musiałam się srogo napocić, żeby w przejrzystym skrócie telegraficznym przekazać im fragment Doktorowej fabuły, by rozwiać ich wątpliwości pt. "Blizna na bliźnie? Dafuq?". Udało się, co się miało nie udać. Zaliczka wpłacona, data i niepoważnie wczesna godzina wybrana. I mi się nie chce.

A 17 października Kabanos wraca do Silent Hilla. Wraz z Elżunią postanowiłyśmy się w końcu wybrać, bo parę ich koncertów jednak ominęłyśmy. Data zacnie wybrana - piątek, dzień po urodzinach Elżuni, więc uknułam chytry plan, że poproszę zespół, żeby zaśpiewali jakieś żenujące sto lat, czy cuś. Jak mi się zachce. Bo oczywiście, że mi się nie chce - ani kombinować, ani lecieć po bilet do klubu, ani iść na sam koncert.

MA-KA-BRA.

W zasadzie tylko jednej rzeczy wypatruję w przyszłym miesiącu. Otóż spełniłam swoje marzenie i zapisałam się do szkoły językowej, żeby uczyć się szwedzkiego. Czy się z tego cieszę? Naaah. Wysokość pierwszych rat za dwa semestry nauki na wstępie ostudziła trochę mój zapał. Nie zmienia to faktu, że czekam do połowy miesiąca na pierwsze lekcje. Chciałabym, żeby dzięki nim odmieniło się coś w moim życiu. I tak, łudzę się, że na lekcjach poznam Wikinga mojego życia, how fucked up is that?

Choć w zupełności będzie mi wystarczyć, jeśli dzięki posługiwaniu się szwedczyzną wróci mi mój entuzjazm. Tęsknię za nim, serio. Tak dobrze napędzał mnie do działania, tak fajnie przerażałam nim ludzi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz