Jakiś czas temu Bert stwierdził, że się starzeje, bo U2 mu się spodobało.
Stwierdziłam podobnie, choć słuchając Linkin Park.
Bardzo złagodnieli od czasów "Hybrid Theory" i "Meteory" i, och, jakże mi to pasuje! Szczególnie zaprzyjaźniłam się z "A Thousand Suns". Takie to to niekoncertowe pomieszanie z poplątaniem, do którego ostatnio wygodnie uskuteczniam relaks.
Linkinów nie słuchałam od czasów wczesnego liceum. Tak mi się wydaje. Jeju, pamiętam, że wtedy uważałam, że "Meteora" to chłam w porównaniu z "Hybrid Theory". Dekadę później zmiana zdania o 180 stopni - druga płyta jednak ciut lepsza od pierwszej. Wydoroślałam, czy jak? No w każdym razie nie patrzę już gówniarskim okiem na muzykę.
Swoją drogą w ciekawy sposób wróciłam do Linkinów. Najpierw Strapping Young Lad, u których jakbym wychwyciła dźwięki kojarzące mi się z Kornem. A jeśli już zaczynam maltretować Korna, to kończy się to maltretowaniem Limp Bizkit. But wait! Czego ja z nimi słuchałam za czasów lat szczenięcych? No przecież że Linkin Park! Ciekawe co teraz u nich słychać, tak?
Własny pomysł na muzykę słychać, ot co. Hardkorom z klapkami na oczach może się nie podobać obrany kierunek, ale mnie to jebie, mnie się podoba. Akceptuję fakt, że zespół może potrzebować odmiany.
Taaa, teraz jestem wielce wyrozumiała, a do Korna po "Take a Look in the Mirror" za diabła nie mogę się przekonać. Cóż, pewnie dlatego że z nimi jednak łączy mnie więcej osobistych wspomnień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz